Sąd Krajowy w Monachium rozstrzygnął sprawę, która może się okazać punktem zwrotnym w sporze o odpowiedzialność za treści generowane przez sztuczną inteligencję. Jak opisuje Rzeczpospolita, w sprawie o sygnaturze 26 O 869/26 sąd zakazał Google'owi rozpowszechniania określonych twierdzeń w usłudze AI Overviews.

O co poszło

Dwa monachijskie wydawnictwa pozwały koncern, ponieważ generowane przez AI streszczenia wyników wyszukiwania łączyły je z oszustwami subskrypcyjnymi i podejrzanymi praktykami. Problem w tym, że takie zarzuty nie pochodziły z konkretnych stron w wynikach wyszukiwania - powstały jako nowa treść, złożona przez model.

Za złamanie zakazu grozi grzywna do 250 tysięcy euro.

Dlaczego to uzasadnienie jest ważniejsze niż kara

Przez ćwierć wieku wyszukiwarki broniły się skutecznie prostym argumentem: my tylko wskazujemy cudze treści, roszczenia kierujcie do autorów. Sąd w Monachium uznał, że przy AI Overviews ten argument przestaje działać, bo mamy do czynienia z "samodzielnym, merytorycznym opracowaniem wyników wyszukiwania" - a więc z nowym przekazem, za który odpowiada ten, kto go stworzył.

Ten sam wniosek podkreślają komentatorzy zagraniczni, m.in. Techdirt: jeśli model formułuje własne zdanie, to jest to wypowiedź firmy, która model udostępnia.

Czego wyrok nie przesądza

To orzeczenie sądu pierwszej instancji w konkretnej sprawie, dotyczące konkretnych twierdzeń o konkretnych podmiotach. Nie tworzy w Niemczech ogólnej zasady odpowiedzialności za każdą nieścisłość generowaną przez AI, nie ma też mocy wiążącej dla sądów w innych krajach Unii. Dostępne relacje nie potwierdzają na razie, czy rozstrzygnięcie jest prawomocne.

Co z tego ma polski czytelnik

Praktycznie: mechanizm dochodzenia roszczeń jest w Polsce już dziś dostępny. Jeśli generowane przez AI streszczenie przypisuje firmie albo osobie nieprawdziwe, szkalujące fakty, mamy do czynienia z naruszeniem dóbr osobistych (art. 23 i 24 kodeksu cywilnego), a w przypadku przedsiębiorców również z możliwym czynem nieuczciwej konkurencji.

Wartością monachijskiego orzeczenia jest to, że odbiera pozwanemu najwygodniejszą linię obrony. Trudniej powiedzieć "to nie my, to algorytm", gdy sąd stwierdza, że algorytm mówi w imieniu właściciela.

Dla całej branży pytanie brzmi teraz inaczej niż jeszcze rok temu. Nie o to, czy da się pociągnąć kogoś do odpowiedzialności za halucynacje modelu, tylko o to, jak drogie okaże się utrzymywanie funkcji, która czasem po prostu zmyśla.