Niewielu artystów potrafiło tak długo i tak skutecznie rozśmieszać świat. Dziś jeden z największych komików kina kończy okrągłe sto lat.
Z Brooklynu na szczyt
Melvin Kaminsky urodził się 28 czerwca 1926 roku na Brooklynie, w rodzinie żydowskich imigrantów, w której w domu mówiło się jeszcze w jidysz. Ojciec zmarł, gdy Mel miał zaledwie kilka lat — przyszły komik wychowywał się w niezamożnym, gwarnym świecie nowojorskich dzielnic imigranckich. Pseudonim sceniczny „Brooks" wziął od panieńskiego nazwiska matki, Brookman. Jak przypomina TVN24, korzenie jego rodziny sięgają dawnej Europy Środkowo-Wschodniej — wskazuje się m.in. na okolice Gdańska po stronie ojca; jak w wielu żydowskich rodzinach z tamtego okresu, dokładna genealogia bywa jednak trudna do jednoznacznego ustalenia.
Filmy, które weszły do kanonu
Karierę zaczynał jako autor gagów dla telewizji, u boku Sida Caesara i Carla Reinera. Prawdziwy przełom przyniósł rok 1968 i „Producenci" — czarna komedia o spekulantach wystawiających celowo katastrofalny musical, za którą Brooks dostał Oscara za scenariusz. Potem przyszły kolejne tytuły, które na trwałe weszły do historii komedii: „Płonące siodła" (1974) bezlitośnie kpiące z westernu i rasizmu, „Młody Frankenstein" (1974) — czuły pastisz klasycznych horrorów, oraz „Spaceballs" (1987), parodia kina science fiction. Według Wikipedii Brooks samodzielnie reżyserował, pisał, a często i grał w swoich filmach, budując rozpoznawalny styl satyry bez tabu.
Komplet EGOT i polski wątek na ekranie
Brooks należy do wąskiego grona artystów, którzy zdobyli wszystkie cztery najważniejsze amerykańskie nagrody rozrywki — Emmy, Grammy, Oscara i Tony (tzw. EGOT). Sceniczna wersja „Producentów" przyniosła mu na Broadwayu rekordową liczbę statuetek Tony. W 2014 roku otrzymał honorowego Oscara za całokształt twórczości.
Polski wątek pojawił się też wprost na ekranie: w 1983 roku Brooks zagrał — u boku żony, Anne Bancroft — w „Być albo nie być", filmie rozgrywającym się w okupowanej przez Niemców Polsce, opartym na klasyku Ernsta Lubitscha. Komedia o teatralnej trupie stawiającej opór nazizmowi łączyła humor z dramatem wojny.
Sto lat śmiechu
Brooks pracował niemal do późnej starości — jeszcze w ostatnich latach użyczał głosu i wracał do swoich dawnych projektów. Jego dorobek to dowód, że z najtrudniejszych tematów — wojny, uprzedzeń, ludzkiej małości — da się śmiać mądrze, nie tracąc przy tym empatii. W setne urodziny pozostaje jednym z ostatnich żywych symboli złotej ery hollywoodzkiej komedii.



