Gdy w czerwcu 2026 roku rusza rozszerzony do 48 drużyn mundial, wśród uczestników brakuje dwóch najludniejszych narodów świata. Chiny i Indie znów oglądają turniej z boku — i nie jest to ani pech, ani chwilowa słabość, lecz problem strukturalny.

Chiny: jeden mundial, zero goli

Chiny zagrały na mistrzostwach świata tylko raz — w 2002 roku. Bilans był bezlitosny: trzy mecze, trzy porażki, żadnej strzelonej bramki i dziewięć straconych. Ćwierć wieku później reprezentacja plasuje się w okolicach dziewięćdziesiątego miejsca w rankingu FIFA, a awansu nie dało jej nawet rozszerzenie turnieju i dodatkowe miejsca dla Azji. Jak zauważa Rzeczpospolita, to dla chińskiego futbolu kolejna dotkliwa kompromitacja.

Miliardy, które nie zbudowały reprezentacji

Przez chwilę wydawało się, że Pekin znalazł sposób. W połowie ubiegłej dekady chińskie firmy zaczęły pompować w ligę gigantyczne pieniądze — do Chinese Super League trafiły gwiazdy pokroju Oscara, Hulka czy Paulinho, a na ławkach zasiadali trenerzy z najwyższej półki. Liga miała być trampoliną dla rodzimych talentów; stała się jednak kosztownym pokazem gwiazd, który nie wykształcił reprezentantów.

Gdy pękła bańka na rynku nieruchomości, runął też chiński futbol. Jak opisuje Possible11, mistrzowski Jiangsu FC rozwiązano kilka miesięcy po zdobyciu tytułu, a kolejne kluby — w tym wielokrotny mistrz Guangzhou — pogrążyły się w długach. Akademie młodzieżowe powiązane z upadłymi klubami zamykały podwoje, a i tak skromna baza szkoleniowa skurczyła się jeszcze bardziej. O strukturalnym kryzysie chińskiej piłki pisała też Al Jazeera.

Indie: krykiet ważniejszy niż piłka

Indie to przypadek jeszcze bardziej wymowny. Kraj liczący 1,4 miliarda mieszkańców nigdy nie zakwalifikował się na mistrzostwa świata i zajmuje odległą pozycję w rankingu FIFA. Jedyną historyczną szansę — automatyczny awans w 1950 roku po wycofaniu się rywali — sami Hindusi zaprzepaścili, rezygnując z wyjazdu.

Główna przeszkoda jest kulturowa. Piłka nożna przegrywa w Indiach rywalizację o uwagę kibiców, sponsorów i talenty z krykietem — sportem niemal narodowym. Najzdolniejszy chłopiec z prowincji sięgnie po kij, nie po piłkę. Założona przed laty India Super League dała pewien impuls, ale do zmiany sportowej hierarchii droga jest bardzo długa.

Struktury ważniejsze niż kapitał

Historia obu krajów to ta sama lekcja: same inwestycje nie wystarczą. Chiny wydały miliardy i nie mają czym się pochwalić; Indie mają potencjał finansowy, ale kulturowy monopol krykietu blokuje dopływ talentów do futbolu.

Azjatyckie potęgi, które radzą sobie znacznie lepiej — Japonia, Korea Południowa czy Iran — zbudowały sukces na cierpliwej pracy u podstaw: gęstej sieci akademii, konsekwentnym szkoleniu i ligach kształcących własnych zawodników, zamiast importujących gotowych. Dopóki Pekin i Nowe Delhi nie postawią na tę samą cierpliwość, trzy miliardy ludzi pozostaną na mundialu widzami — bez własnej drużyny na boisku.