Szczere wyznanie po meczu

Erika Andriejewa nie owijała w bawełnę. Po wygranym pojedynku w kwalifikacjach Wimbledonu 2026 starsza z sióstr Andriejewych odpowiedziała na pytania o spektakularny sukces młodszej Mirry, która kilka tygodni wcześniej sięgnęła po pierwszy w karierze tytuł wielkoszlemowy w Paryżu.

„Nie będę kłamać, to ogromna presja, bo nie czujesz tego samego, co czujesz wobec własnej siostry. Jestem z niej bardzo dumna, bo znam jej zmagania, rzeczy, których nie widać na ekranie" — przyznała Erika w rozmowie cytowanej przez oficjalny serwis Wimbledonu. Zaraz potem dodała słowa obnażające wewnętrzne rozdarcie: „Wobec siebie czuję się wyjątkowo źle, jakbym nie była wystarczająco dobra, jakbym musiała robić więcej".

Dwie siostry, dwie różne drogi

O ile młodsza Mirra błyskawicznie wdarła się do tenisowej czołówki, o tyle Erika przechodziła trudniejszy okres — jej ranking spadł poza czołową dwusetkę, a zawodniczka zdecydowała się nawet na kilkumiesięczną przerwę od tour, by odzyskać równowagę psychiczną. W 2026 roku mozolnie odbudowywała pozycję, grając głównie w cyklu ITF. Tym większe znaczenie miało jej pewne zwycięstwo w pierwszej rundzie kwalifikacji do Wimbledonu, rozgrywanych w Roehampton — Erika pokonała Chinkę Ye-Xin Ma 6:0, 6:3.

Gdzie w tym wszystkim Maja Chwalińska?

Warto wyraźnie zaznaczyć jedną rzecz, bo łatwo tu o nieporozumienie: w kwalifikacjach Wimbledonu Erika Andriejewa nie grała bezpośrednio z Mają Chwalińską. Nazwisko Polki pojawia się w tej opowieści dlatego, że to właśnie Chwalińska była bohaterką paryskiego finału.

W finale Roland Garros 2026 to Mirra Andriejewa pokonała Maję Chwalińską 6:3, 6:3, sięgając po pierwszy wielkoszlemowy tytuł w karierze i kończąc niezwykłą passę Polki w Paryżu (Olympics.com). Chwalińska przeszła wówczas przez cały turniej z eliminacji, co samo w sobie było ogromnym osiągnięciem.

Presja nazwiska

Historia sióstr Andriejewych to klasyczny przykład tego, jak rodzinny sukces potrafi być jednocześnie inspiracją i ciężarem. Erika wprost powiedziała, że pracuje równie ciężko jak Mirra, a mimo to czuje, że „nie jest wystarczająco dobra". Tego rodzaju szczerość rzadko pada na konferencjach prasowych — i właśnie dlatego jej słowa odbiły się szerokim echem. Dla polskich kibiców cała sprawa ma dodatkowy smak, bo choć Chwalińska przegrała wielki finał, jej paryski marsz na trwałe zapisał się jako jeden z najjaśniejszych momentów sezonu.