W tragedii, która pochłonęła ponad tysiąc czterysta istnień, pojawił się moment dający nadzieję. Spod gruzów w nadmorskim mieście La Guaira wydobyto żywego chłopca.
Trzy doby pod betonem
Jak relacjonuje Onet, 11-letni Moisés przeżył pod zwałami betonu i stali blisko 70 godzin — od środowego wieczoru 24 czerwca, gdy dwa potężne wstrząsy zrównały z ziemią część zabudowy. Chłopiec znajdował się kilka metrów pod powierzchnią rumowiska. Jego wydobycie wymagało wielu godzin niezwykle ostrożnej pracy — każdy nieprzemyślany ruch groził kolejnym osunięciem gruzu.
Uratowała go kolumbijska ekipa poszukiwawczo-ratownicza, jedna z kilkudziesięciu zagranicznych grup, które przybyły do Wenezueli z pomocą. Dla tego zespołu był to pierwszy udany ratunek od chwili przyjazdu.
Wyścig z czasem
Specjaliści mówią o „oknie 72 godzin" — po tym czasie szanse na odnalezienie żywych gwałtownie maleją. Akcja w Wenezueli toczyła się niemal na jego granicy. Jak podaje Al Jazeera, do gruzowisk w całym kraju skierowano ponad trzydzieści zagranicznych zespołów — w sumie ponad tysiąc sześciuset ratowników i psy tropiące. W wielu miejscach mieszkańcy odgruzowywali zawalone domy gołymi rękami, nie czekając na profesjonalny sprzęt.
Bilans, który wciąż rośnie
Bliźniacze trzęsienia z 24 czerwca należą do najsilniejszych, jakie nawiedziły Wenezuelę od ponad stulecia. Oficjalny bilans przekroczył 1400 ofiar śmiertelnych i tysiące rannych, a liczba zaginionych zgłaszanych przez rodziny idzie w dziesiątki tysięcy. Na tym ponurym tle historia Moisésa — chłopca, który przeżył trzy doby pod gruzami — jest przypomnieniem, dlaczego ratownicy kopią dalej, nawet gdy zegar gra przeciwko nim.



