Tajlandia przez dekadę uchodziła za niezatapialny kierunek — plaże Phuket, świątynie Bangkoku i ceny, przy których egzotyka stawała się dostępna dla każdego. W 2025 roku coś jednak pękło. Kraj odnotował pierwszy od czasów pandemii roczny spadek liczby zagranicznych przyjazdów, a w tym ponurym obrazie Polacy okazali się zaskakującym wyjątkiem.
Skala spadku: winne głównie Chiny
W okresie od stycznia do końca listopada 2025 roku do Tajlandii przyjechało 29,6 mln zagranicznych turystów — o 7,25 procent mniej niż rok wcześniej, jak podaje Investing.com. Do grudnia spadek pogłębił się do około 9,8 procent względem poprzedniego roku.
Główny ciężar tego załamania spada na jeden rynek: Chiny. Jeszcze niedawno Tajlandia liczyła na kilka milionów chińskich gości, tymczasem ich napływ runął — według doniesień South China Morning Post nawet o ponad połowę. Iskrą był głośny przypadek chińskiego aktora zwabionego do Tajlandii i porwanego na początku roku przez transgraniczne gangi parające się oszustwami internetowymi. Mężczyznę uwolniono, ale obraz „niebezpiecznej Tajlandii" rozszedł się po chińskich mediach społecznościowych błyskawicznie i podciął rezerwacje.
Nie tylko strach przed porwaniem
Bezpieczeństwo to nie jedyny problem. Mocny tajski baht windował ceny w górę — nocleg w pięciogwiazdkowym hotelu kosztował około 212 dolarów, podczas gdy w Chinach czy Wietnamie podobny standard schodził poniżej 100 dolarów, na co zwraca uwagę rp.pl. Do tego doszły czynniki, które trudno przewidzieć w folderze biura podróży: napięcia graniczne z Kambodżą, powódź w regionie Hat Yai oraz polityczna niestabilność. Spadek dotknął też Bliski Wschód — tu przyjazdy zmalały o 32 procent.
Polacy płyną pod prąd
Na tym tle Europa, a Polska w szczególności, wygląda jak osobny świat. Liczba polskich turystów w Tajlandii wzrosła w pierwszych miesiącach roku o 16,8 procent. Polacy najwyraźniej nie przejęli się chińskimi nagłówkami — egzotyka wciąż kusi, a relacja jakości do ceny dla portfela liczącego w złotych nadal wypada korzystnie. Tajlandia rosła zresztą również na innych „nowych" rynkach: z Kazachstanu o 8,3 procent, a z Uzbekistanu aż o 28 procent.
Dla polskiego ruchu kluczowy może okazać się rok 2026. Od 7 października LOT uruchomi całoroczne, bezpośrednie połączenie Warszawa–Bangkok — pięć rejsów tygodniowo Boeingami 787 Dreamliner, z czasem przelotu około 10 godzin i 20 minut, jak informuje National Geographic Polska.
Mniej masowości, więcej jakości
Reakcja Bangkoku jest pragmatyczna. Zamiast rozpaczać nad utratą chińskiej masówki, Tajlandia rewiduje prognozy w dół i stawia na gości skłonnych wydać więcej oraz na dywersyfikację rynków. Rok 2025 mimo wszystko zamknął się rekordem przychodów rzędu 20,6 mld dolarów — co pokazuje, że spadek liczby głów nie musi oznaczać chudszej kasy. Warto jednak dodać łyżkę dziegciu: rząd w Bangkoku zatwierdził zakończenie programu 60-dniowego pobytu bez wizy dla turystów z 93 państw, w tym z Polski. Egzotyczny raj otwiera się więc na nas szerzej w powietrzu, a nieco węziej na granicy.



