Człowiek, który od ponad dekady dominował serbską politykę, zapowiedział odejście — pod naciskiem ulicy, jakiego kraj nie widział od pokoleń.

„Jeszcze tylko kilka tygodni”

Jak relacjonuje TVN24, Aleksandar Vučić ogłosił, że w ciągu najbliższych tygodni złoży urząd prezydenta. Decyzję — przekazaną podczas prorządowego wiecu w Belgradzie — potwierdzają zagraniczne redakcje, m.in. Euronews. Jego kadencja formalnie miała trwać do 2027 roku, więc wcześniejsza rezygnacja to bezpośrednia odpowiedź na trwający kryzys. Vučić zapowiedział też przedterminowe wybory — prezydenckie i parlamentarne — nie podając jednak konkretnych dat.

Iskra z Nowego Sadu

Źródłem politycznego trzęsienia ziemi była tragedia z 1 listopada 2024 roku, gdy w Nowym Sadzie zawaliło się betonowe zadaszenie przed niedawno wyremontowanym dworcem kolejowym, zabijając kilkanaście osób. Opozycja i organizacje społeczne uznały katastrofę za symbol korupcji przy publicznych inwestycjach i zaniedbań władzy. Jak przypomina Wikipedia, zarzuty postawiono kilkunastu osobom, ale poczucie bezkarności tylko napędziło protesty.

Kilkanaście miesięcy na ulicach

Ruch zaczął się od blokad studenckich, a szybko ogarnął cały kraj — demonstracje objęły setki miast, a jeden z marszów w Belgradzie był największą demonstracją w najnowszej historii Serbii. Protestujący domagali się nie tylko ukarania winnych katastrofy, lecz także walki z korupcją, powiązaniami władzy z przestępczością i ograniczaniem wolności mediów.

Manewr czy kapitulacja?

Środowiska opozycyjne studzą entuzjazm. Liderzy ruchu studenckiego oceniają, że rezygnacja i przedterminowe wybory to raczej taktyczny manewr, mający uprzedzić nieuchronny spadek poparcia, niż realne ustąpienie. Vučić zapowiada jednocześnie aktywne wspieranie swojej Serbskiej Partii Postępowej w kampanii, a media spekulują o jego ewentualnym powrocie na fotel premiera — co sugeruje, że nie zamierza schodzić z polityki, lecz zmienić jej formę. Dla Serbii oznacza to wejście w okres niepewności: pytaniem otwartym pozostaje, czy uliczny mandat protestujących przełoży się na realną zmianę władzy.