Wojna za wschodnią granicą znów przypomniała o sobie także w Polsce — tym razem poderwaniem myśliwców.
Atak na Kijów
Jak podaje TVN24, w nocy z 1 na 2 lipca Rosja przeprowadziła zmasowany atak na Kijów z użyciem dronów i pocisków balistycznych. W stolicy Ukrainy słychać było eksplozje, a — jak przekazał mer Witalij Kliczko — palił się m.in. dach jednego z hoteli. Według wstępnych informacji rannych zostało co najmniej 11 osób; doszło też do zniszczeń w zabudowie.
Dokładna skala uderzenia — liczba wystrzelonych i zestrzelonych dronów oraz rakiet — nie została na razie oficjalnie podana; takie dane ukraińskie Siły Powietrzne zwykle publikują po podsumowaniu nocy.
Reakcja Polski
Atak na cele w pobliżu granicy z NATO uruchomił standardowe procedury po polskiej stronie. Jak poinformowało Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych, do działania poderwano myśliwce, a naziemne systemy obrony powietrznej i radary osiągnęły stan podwyższonej gotowości. Działania miały charakter prewencyjny — ich celem było zabezpieczenie polskiej przestrzeni powietrznej, zwłaszcza w rejonach przygranicznych.
Co istotne, polska przestrzeń powietrzna nie została naruszona. Poderwanie samolotów to rutynowa, choć poważna procedura, stosowana przy dużych rosyjskich atakach w pobliżu wschodniej flanki.
Dlaczego to ważne
To kolejny epizod pokazujący, że skutki wojny w Ukrainie bezpośrednio przekładają się na bezpieczeństwo Polski. Regularne poderwania myśliwców przy okazji rosyjskich nalotów stały się elementem codzienności na wschodniej flance NATO — z jednej strony to dowód czujności sojuszu, z drugiej przypomnienie o realnym ryzyku. Dla mieszkańców wschodniej Polski oznacza to okresowo słyszalny ruch wojskowych samolotów w nocy; nie jest to jednak sygnał naruszenia granicy, lecz działań zapobiegawczych.
Pełny bilans nocnego ataku na Ukrainę — liczba ofiar i zniszczeń — będzie znany po oficjalnych komunikatach strony ukraińskiej, do których podchodzimy z należytą ostrożnością.



