To jeden z najczęściej cytowanych eksperymentów w historii psychologii — i jeden z najbardziej niepokojących. Na przełomie lat 50. i 60. XX wieku Stanley Milgram z Uniwersytetu Yale sprawdzał, jak daleko zwykły człowiek posunie się w zadawaniu cierpienia innej osobie, jeśli poleci mu to ktoś w roli autorytetu. Wynik wszedł do podręczników: w bazowym wariancie aż 65 proc. uczestników zadało aktorowi maksymalny, rzekomy wstrząs 450 woltów. Dziś jednak ta klasyczna interpretacja zaczyna się sypać.

136 taśm z archiwum

David Kaposi z brytyjskiego The Open University wraz z Davidem Sumeghym przeanalizowali 136 oryginalnych nagrań audio przechowywanych w Bibliotece Uniwersytetu Yale. Wyniki opublikowano w marcu 2026 roku w piśmie „Political Psychology”.

Badacze zadali pozornie proste pytanie: czy uczestnicy naprawdę wykonywali procedurę tak, jak opisywał to Milgram? Wymagała ona, by przed każdym wstrząsem „nauczyciel” odczytał komunikat, poczekał na odpowiedź i dopiero potem nacisnął przycisk. Z nagrań wynika, że — jak relacjonuje serwis PsyPost — żaden uczestnik nie przeszedł całego eksperymentu, trzymając się pełnej procedury. Co więcej, badani uznani za „w pełni posłusznych” łamali zasady w około 48 proc. sekwencji wstrząsów, podczas gdy „nieposłuszni” — w około 31 proc. Innymi słowy: ci, których Milgram wpisał do rubryki „posłuszni”, statystycznie łamali jego reguły częściej niż ci, których uznał za opornych.

Eksperymentator nie tylko patrzył

Analiza objęła też zachowanie samego prowadzącego. Scenariusz przewidywał cztery standardowe formuły nacisku — słynne „proszę kontynuować”, „eksperyment tego wymaga”. Nagrania pokazują jednak, że eksperymentator regularnie wychodził poza scenariusz: używał własnych zwrotów, milczał albo nie reagował, gdy uczestnik pomijał kroki procedury. To ciche przyzwolenie na proceduralny nieład oznacza, że „porządek” eksperymentu był po części iluzją.

To nie pierwszy taki sygnał

Wątpliwości narastały od lat. Australijska badaczka Gina Perry w książce „Behind the Shock Machine” oraz w późniejszych pracach wykazała, że średni poziom zadawanych wstrząsów był niższy wśród uczestników, którzy naprawdę wierzyli w cierpienie aktora, a wyższy wśród tych, którzy podejrzewali, że scenariusz jest ustawiony. To sugeruje, że „posłuszeństwo” mogło być w dużej mierze efektem sceptycyzmu, a nie ślepego podporządkowania, o czym pisała m.in. Rzeczpospolita.

Co to znaczy dla wniosków Milgrama

Klasyczna interpretacja zakładała dwie czytelne grupy: tych, którzy ulegli autorytetowi, i tych, którzy się oparli. Na tej binarności Milgram zbudował model, w którym człowiek staje się narzędziem instytucji i zrzeka się odpowiedzialności — teza, która trafiła do kultury popularnej i dyskusji o mechanizmach zbrodni totalitarnych. Analiza taśm sugeruje, że ten podział był raczej artefaktem klasyfikacji niż odbiciem rzeczywistości. Uczestnicy nie byli ani w pełni posłuszni, ani w pełni nieposłuszni — poruszali się w przestrzeni nieporządku, który prowadzący akceptował lub ignorował.

Archiwum Milgrama w Yale to dziesiątki pudeł dokumentów i nagrań. Dopóki nie zostanie w pełni przebadane, historia najsłynniejszego eksperymentu o posłuszeństwie pozostaje otwarta — i znacznie mniej jednoznaczna, niż przez sześćdziesiąt lat sugerowały podręczniki.