Pierwsza informacja brzmiała alarmująco, prawdziwa okazała się dużo spokojniejsza. Jak podaje Rzeczpospolita, eksperci skorygowali siłę wstrząsów w Czechach po fałszywym alarmie sejsmicznym.
Z 5,5 na 1,8
Różnica między pierwszym a ostatecznym odczytem jest ogromna. Początkowo podano magnitudę 5,5, czyli wartość odpowiadającą trzęsieniu, które potrafi wyrządzić szkody w budynkach. Po weryfikacji okazało się, że wstrząs miał magnitudę zaledwie 1,8, a więc był bardzo słaby i dla większości ludzi praktycznie niewyczuwalny.
Wstrząs zlokalizowano między Pilznem a Příbramem w zachodniej części Czech, na głębokości około dziewięciu kilometrów.
Zawinił automat
Źródłem zamieszania był sposób, w jaki powstał pierwszy komunikat. Alarmującą wartość 5,5 podało automatycznie niemieckie centrum badawcze GFZ (German Research Centre for Geosciences), którego system ocenił sygnał bez udziału człowieka. Jak tłumaczono, mogło dojść do błędu w którejś ze stacji pomiarowych.
Korektę wprowadziły wspólnie Europejsko-Śródziemnomorskie Centrum Sejsmologiczne (EMSC) oraz GFZ, po ręcznej analizie danych. Słabe wstrząsy potwierdził też Instytut Geofizyki Czeskiej Akademii Nauk.
Dlaczego to ważne
Cała sprawa dobrze pokazuje granice automatyzacji w sejsmologii. Systemy działające bez nadzoru dają ogromną przewagę szybkości, bo ostrzeżenie pojawia się w kilka minut po wstrząsie. Ta sama szybkość bywa jednak pułapką, gdy surowy, niezweryfikowany odczyt trafia od razu do obiegu.
Bezpiecznikiem pozostaje człowiek. Ręczna analiza sejsmologa, która skorygowała wartość z 5,5 na 1,8, jest tym etapem, który oddziela realne zagrożenie od fałszywego alarmu. W tym przypadku zadziałał on szybko, zanim błędny komunikat zdążył wywołać niepotrzebny niepokój po obu stronach granicy.



