Napięcie na linii Warszawa–Moskwa znów wzrosło po naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej przez drony. Gdy Polska domaga się wyjaśnień, Kreml odmawia komentarza, a jego dyplomaci przechodzą do kontrataku.
Drony w polskiej przestrzeni
Do naruszenia doszło w nocy, podczas rosyjskiego ataku na Ukrainę, gdy nad terytorium Polski pojawiły się drony. Jak potwierdził premier Donald Tusk, maszyny stanowiące bezpośrednie zagrożenie zostały zestrzelone. Incydent wpisuje się w serię podobnych zdarzeń na wschodniej flance NATO, które od miesięcy budzą niepokój o bezpieczeństwo kraju.
„Nie nasza sprawa" – odpowiada Kreml
Zapytany o sprawę rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow uchylił się od odpowiedzi. Stwierdził, że kwestia leży w gestii ministerstwa obrony, które dotąd jej nie skomentowało, i dodał, że Kreml nie otrzymał ze strony Polski prośby o kontakt. Przy okazji zaatakował Zachód, twierdząc, że przywódcy Unii Europejskiej i NATO „oskarżają Rosję o prowokacje każdego dnia" i „w większości przypadków nawet bez próby przedstawienia jakiegokolwiek argumentu".
Podobny ton przyjęła rosyjska placówka w Polsce. Chargé d'affaires ambasady Rosji w Warszawie Andriej Ordasz oświadczył, że Polska „nie przedstawiła żadnych dowodów" na rosyjskie pochodzenie zestrzelonych dronów.
Odpowiedź Warszawy
Polska nie zamierza pozostawić sprawy bez reakcji. Ministerstwo Spraw Zagranicznych zapowiedziało wezwanie przedstawiciela Rosji i wręczenie mu noty protestacyjnej. To standardowe, ale wyraźne narzędzie dyplomatyczne, sygnalizujące, że Warszawa traktuje naruszenie przestrzeni powietrznej jako poważny incydent.
Spór o drony pokazuje powracający schemat: po stronie polskiej padają twarde stwierdzenia i decyzje o zestrzeleniu, po stronie rosyjskiej – odmowa komentarza połączona z żądaniem „dowodów" i oskarżeniami pod adresem NATO. W tle pozostaje trwająca wojna w Ukrainie i rosnąca liczba incydentów na wschodniej granicy Sojuszu, które utrzymują polskie służby w stanie podwyższonej gotowości.



