Kreml lubi mówić o nim w superlatywach: pocisk, którego nie zatrzyma żadna obrona przeciwrakietowa, krążący nad światem niemal bez końca. Tymczasem zespół naukowców z amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology (MIT) przygląda się Buriewiestnikowi chłodnym okiem fizyki i dochodzi do wniosków znacznie mniej spektakularnych niż propaganda.
Czym jest Buriewiestnik
Buriewiestnik (oznaczenie 9M730, w kodzie NATO SSC-X-9 Skyfall) to rosyjski pocisk manewrujący o napędzie jądrowym, zaprezentowany publicznie przez Władimira Putina 1 marca 2018 roku jako jedna z „cudownych broni". Jego cechą wyróżniającą jest reaktor jądrowy zamiast klasycznego silnika na paliwo. To właśnie dzięki niemu Rosja deklaruje „praktycznie nieograniczony" zasięg — według różnych rosyjskich źródeł rzędu 10–20 tys. km. Te liczby należy jednak traktować jako twierdzenia strony rosyjskiej, a nie zweryfikowane parametry.
Co ustalili naukowcy
Badacze MIT — Jake Hecla i R. Scott Kemp — odtworzyli prawdopodobną zasadę działania napędu. Ich zdaniem Buriewiestnik niemal na pewno korzysta z tzw. obiegu otwartego (direct-cycle): powietrze z zewnątrz przepływa bezpośrednio przez rdzeń reaktora, jest podgrzewane przez rozszczepienie jądrowe i wyrzucane jako ciąg, bez szczelnej bariery między paliwem a strumieniem spalin (The War Zone; Militarnyi).
Konsekwencja jest poważna: przepływające przez reaktor powietrze ulega napromieniowaniu, a wydmuchiwane spaliny niosą radioaktywne izotopy argonu, kryptonu i węgla wzdłuż całej trasy lotu. Stąd nieoficjalna nazwa „latający Czarnobyl". Paradoksalnie to, co miało czynić pocisk groźnym, czyni go też łatwym do śledzenia — „przecieka" promieniowaniem.
Realna wartość bojowa
Naukowcy nie kwestionują, że pocisk istnieje, ale podważają jego strategiczną przydatność. Buriewiestnik jest poddźwiękowy (według analiz ok. Mach 0,75, czyli ~800 km/h — wartość szacunkowa), pozbawiony cech utrudniających wykrycie, kosztowny i — przez wspomniany ślad radiacyjny — łatwy do namierzenia. To dokładnie te powody, dla których podobne koncepcje porzucono jeszcze w czasach zimnej wojny. W ocenie badaczy z MIT to raczej „demonstrator technologii" i kosztowny symbol ambicji Kremla niż gotowy do użycia system bojowy.
Historia testów i tragedia w Nionoksie
Program ma kiepską kartę prób. Według Nuclear Threat Initiative odnotowano co najmniej 13 znanych testów od 2016 roku, z których tylko dwa zakończyły się częściowym sukcesem. Najgłośniejszym wypadkiem była eksplozja koło Nionoksy nad Morzem Białym w sierpniu 2019 roku, w której zginęło pięciu naukowców rosyjskiego Rosatomu. Analitycy MIT wiążą ją z nieudaną próbą wydobycia prototypowego reaktora z dna morskiego.
W październiku 2025 roku gen. Walerij Gierasimow ogłosił, że pocisk pokonał 14 tys. km w locie trwającym 15 godzin. Norweski urząd ochrony radiologicznej nie wykrył jednak wówczas wzrostu promieniowania, a niezależne potwierdzenie deklarowanych parametrów pozostaje niemożliwe. Pocisk nie został też użyty w wojnie w Ukrainie ani nie wykazuje oznak gotowości operacyjnej.



