Na pierwszy rzut oka dane są uspokajające: według GUS inflacja konsumencka w maju 2026 roku wyniosła około 3,1 proc. rok do roku, czyli mniej, niż spodziewali się ekonomiści. Tańsza żywność i sezonowo tanie warzywa przeciągnęły wskaźnik w dół. Gdy jednak zajrzeć pod tę powierzchnię, obraz przestaje być spokojny — a wyjaśnienie sięga głębiej niż jeden miesięczny odczyt.
Towary tanieją, usługi drożeją
Kluczowy jest podział na towary i usługi. Towary podrożały w skali roku o około 2 proc., podczas gdy usługi — niemal trzykrotnie szybciej. To właśnie ceny usług, ściśle związane z kosztami pracy, najmocniej obciążają dziś portfele Polaków: drożeją wizyty u fryzjera czy dentysty, remonty, edukacja, rekreacja i opieka zdrowotna.
Drugą lokomotywą podwyżek jest energia. Jak wynika z analizy Polskiego Instytutu Ekonomicznego, w latach 2020–2025 ceny gazu i prądu w Polsce wzrosły niemal dwukrotnie, a usługi fryzjerskie, stomatologiczne czy remontowo-wykończeniowe podrożały o blisko 70 proc. Dla porównania wiele towarów przemysłowych — sprzęt AGD, odzież — pozostawało w tym czasie względnie stabilnych.
Konwergencja: rachunek za doganianie Zachodu
Znaczna część tej presji ma charakter strukturalny, a nie chwilowy. Polska przez lata była po prostu tańsza od zachodniej Europy — i właśnie ten dystans się domyka. Jeszcze w 2015 roku ogólny poziom cen w Polsce stanowił niespełna 58 proc. średniej unijnej. W 2025 roku osiągnął już 73,3 proc. — wzrost o ponad 15 punktów procentowych w dekadę, jak podaje PIE za Rzeczpospolitą.
Polska wyprzedziła już pod tym względem Rumunię (65,1 proc. średniej UE) i Bułgarię (62,5 proc.), ale wciąż dzieli ją przepaść od Danii, Irlandii czy Luksemburga, gdzie ceny przekraczają 130 proc. unijnej średniej. Oznacza to, że pole do dalszego „doganiania” — a więc i do dalszych podwyżek — pozostaje znaczne.
Dlaczego najszybciej drożeją usługi
Szczególnie wyraźna jest luka w usługach: ich ceny w Polsce to wciąż około 60 proc. średniej unijnej. Mechanizm jest prosty — w usługach głównym kosztem jest praca, a rosnące w Polsce płace (efekt napiętego rynku pracy i wzrostu wydajności) niemal natychmiast przekładają się na cenniki. Tam, gdzie różnica wobec Zachodu jest największa, presja na wzrost cen będzie więc najsilniejsza.
Co to oznacza dla Polaków
Konwergencja to miecz obosieczny. Z jednej strony rosnące wynagrodzenia realnie poprawiają siłę nabywczą i zbliżają Polaków do zachodnioeuropejskiego standardu życia. Z drugiej — rachunki za prąd, wizyty u specjalistów i koszty remontów będą systematycznie rosły, bo właśnie tam pozostało najwięcej dystansu do nadrobienia. Pytanie nie brzmi więc, czy ceny usług i energii będą rosły, lecz jak szybko — i czy płace zdążą za nimi nadążyć.



