Gdy termometry pokazują ponad 30 stopni, setki tysięcy instalacji fotowoltaicznych w Polsce produkują prąd na potęgę. Dla systemu energetycznego to wyzwanie, a dla rynku — źródło coraz częstszej anomalii: cen energii spadających do zera, a czasem nawet poniżej.

Słońce zalewa sieć

W upalne, słoneczne dni produkcja z paneli potrafi w południe pokrywać znaczną część krajowego zapotrzebowania na energię. Elektrownie węglowe i gazowe nie mogą jednak po prostu wyłączyć turbin — potrzebują czasu na rozruch i muszą utrzymywać minimalne rezerwy dla stabilności sieci. W efekcie na giełdzie energii pojawia się zjawisko, które jeszcze kilka lat temu byłoby nie do pomyślenia: ujemne ceny prądu. Wytwórcy dosłownie dopłacają, by ktoś odebrał ich energię, o czym pisze Rzeczpospolita.

Paradoks polega na tym, że wieczorem, gdy słońce zachodzi, a klimatyzatory wciąż pracują, ceny błyskawicznie odbijają w górę. Różnica między południem a wieczorem potrafi sięgać tysięcy złotych na megawatogodzinie w ciągu kilku godzin.

Kto naprawdę zyskuje

Na tych wahaniach mogą zarobić trzy grupy. Po pierwsze — odbiorcy z taryfami dynamicznymi, w których cena zmienia się co godzinę zgodnie z notowaniami giełdy. Kto ma pompę ciepła, podgrzewacz wody albo magazyn energii i potrafi przesunąć zużycie na słoneczne południe, płaci wtedy grosze. Po drugie — prosumenci z fotowoltaiką rozliczani rynkowo. Po trzecie — magazyny energii i elastyczne zakłady przemysłowe, dla których tani lub ujemny prąd to wręcz premia za ładowanie baterii czy uruchomienie energochłonnych procesów.

Dlaczego większość nie odczuje ulgi

Polskie gospodarstwa domowe rozliczane są w większości według taryf stałych, zatwierdzanych przez Urząd Regulacji Energetyki. Taka taryfa nie reaguje na to, co dzieje się na giełdzie w danej godzinie — cena na rachunku wynika z kontraktów długoterminowych i decyzji regulacyjnych, a nie bieżących notowań. Dlatego nawet rekordowo tani prąd w południe nie obniża rachunku przeciętnego odbiorcy.

Co więcej, jak przypominała Rzeczpospolita już przy okazji wcześniejszych rekordów ujemnych cen, tanie godziny na giełdzie nie przekładają się na niższe rachunki gospodarstw domowych. Aby realnie skorzystać z dynamicznego rynku, trzeba mieć licznik zdalnego odczytu, umowę na taryfę dynamiczną, a najlepiej również magazyn energii lub domową automatykę — inaczej wieczorny skok cen łatwo zje oszczędności z południa.

System na rozdrożu

Ekonomia jest tu nieubłagana: im więcej fotowoltaiki, tym częściej latem ceny hurtowe będą zbliżać się do zera. To sygnał, że Polsce pilnie potrzebne są magazyny energii i elastyczny popyt, zdolne „wchłonąć” nadwyżki ze słonecznych godzin. Transformacja energetyczna dokonuje się więc na giełdzie — podczas gdy większość odbiorców wciąż żyje w świecie stałych taryf, na które słońce nie ma wpływu.