Polskie szpitale coraz częściej stają przed tym samym dylematem: zapłacić personelowi zgodnie z prawem czy utrzymać płynność. Jedno zaczyna wykluczać drugie.

Płace ponad miarę

Jak opisuje Rzeczpospolita, w szpitalach powiatowych wynagrodzenia stanowiły już około 70 proc. budżetu, a w skrajnych przypadkach — jak alarmowano w resorcie zdrowia — koszty pensji potrafią przekroczyć całość przychodów placówki. To sytuacja, w której szpital z definicji nie domyka się finansowo, niezależnie od jakości zarządzania.

Kacper Olejniczak z Konfederacji Lewiatan ujmuje to wprost: żaden racjonalnie zarządzany zakład nie może funkcjonować, gdy wynagrodzenia pochłaniają zdecydowaną większość budżetu. Problem w tym, że wyceny świadczeń nie nadążają za tempem wzrostu płac, więc ciężar podwyżek spada na same szpitale.

Ustawowe podwyżki i ich koszt

Źródłem napięcia jest ustawa o minimalnych wynagrodzeniach w ochronie zdrowia, która co roku, od 1 lipca, podnosi gwarantowane pensje powiązane z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce. Kolejna tura podwyżek wchodzi właśnie w tym roku. To rozwiązanie poprawia sytuację pracowników, ale bez adekwatnego wzrostu finansowania świadczeń obciąża budżety placówek — zwłaszcza mniejszych szpitali powiatowych.

Rosnące długi

Skala problemu widać w danych o zadłużeniu. Jak podaje „Rzeczpospolita", łączne zobowiązania publicznych szpitali sięgają już kilkudziesięciu miliardów złotych, a istotna ich część to zobowiązania wymagalne, czyli przeterminowane. Coraz więcej placówek kończy rok ze stratą operacyjną.

Co dalej

W debacie pojawiają się propozycje ustawowego limitu udziału wynagrodzeń w budżecie szpitala. Eksperci ostrzegają jednak, że taki limit bez zwiększenia finansowania oznaczałby w praktyce cięcia etatów lub pensji. Powtarzający się postulat to powiązanie wzrostu wynagrodzeń z realnymi możliwościami systemu oraz urealnienie wycen świadczeń — tak, by podwyżki nie były finansowane kosztem stabilności placówek. Bez systemowej reformy kolejne lata mogą tylko pogłębiać zadłużenie sektora.