Ukraina uderzyła w jedno z najczulszych miejsc rosyjskiej logistyki na południu: przeprawę promową przez Cieśninę Kerczeńską. Jak podaje Rzeczpospolita, o wynikach operacji poinformował na Facebooku płk Robert "Madiar" Browdi, dowódca Sił Systemów Bezzałogowych.
Co dokładnie miało się stać
Między 6 a 19 lipca z pięciu promów obsługujących przeprawę jeden został zniszczony, a dwa uszkodzone w stopniu wykluczającym naprawę. Dwa pozostałe mają być używane wyłącznie jako barki, bez możliwości samodzielnego poruszania się. Stąd wynika podawana liczba: spadek możliwości transportu przez cieśninę o 75 procent.
Skalę tego szlaku pokazują pozostałe dane. Jeden prom zabiera do 15 pojazdów, a cała przeprawa mogła przewozić od 180 do 250 pojazdów na dobę. Około 80 procent tych przewozów realizowano na zlecenie rosyjskiego ministerstwa obrony.
Skąd ostrożność w czytaniu tych liczb
To ważne i nie należy tego pomijać: źródłem informacji jest dowódca formacji, która przeprowadziła atak. Każda ze stron konfliktu przedstawia efekty własnych operacji w możliwie korzystnym świetle, a niezależna weryfikacja stanu konkretnych jednostek pływających jest dziś praktycznie niemożliwa bez zdjęć satelitarnych z niezależnych ośrodków.
Strona rosyjska nie opublikowała danych, które pozwoliłyby te twierdzenia zweryfikować lub obalić. Traktujmy więc liczbę 75 procent jako deklarację ukraińskiego dowództwa, a nie ustalony fakt.
Dlaczego akurat promy
Przeprawa promowa jest uzupełnieniem Mostu Krymskiego, który był już wcześniej wielokrotnie celem ataków i którego przepustowość dla ciężkiego transportu wojskowego pozostaje ograniczona. Gdy most działa gorzej, rośnie rola promów, a gdy promy przestają pływać, dostawy trzeba prowadzić lądowym korytarzem wzdłuż wybrzeża Morza Azowskiego, dłuższym i bardziej narażonym na uderzenia.
W wojnie, w której o wyniku decyduje zdolność dowożenia paliwa, amunicji i sprzętu, atakowanie przepraw jest tańsze i skuteczniejsze niż atakowanie samych jednostek na froncie. Dron kosztujący kilka tysięcy dolarów potrafi wyeliminować środek transportu wart dziesiątki milionów.
Co to oznacza w praktyce
Jeśli ukraińskie dane są choćby częściowo trafne, oznacza to przede wszystkim wydłużenie i podrożenie zaopatrzenia zgrupowań na południu, a nie ich odcięcie. Rosja dysponuje alternatywami, choć każda z nich jest gorsza od przeprawy: transport lądowy przez okupowane terytoria oraz kolej, również regularnie atakowaną.
Dla obserwatora z Polski istotny jest wniosek ogólniejszy. Ta wojna coraz mocniej rozstrzyga się na zapleczu, w węzłach kolejowych, rafineriach i przeprawach, a nie na linii styczności wojsk. To także wskazówka, na co w pierwszej kolejności byłaby narażona infrastruktura każdego państwa w podobnym konflikcie.



