Człowiek przyjeżdża własnym samochodem na oddział ratunkowy z podejrzeniem problemu kardiologicznego. Zostaje przyjęty. Auto zostaje tam, gdzie je zostawił, bo trudno przestawiać samochód, leżąc na oddziale. Po niecałych trzech dobach wychodzi ze szpitala i dowiaduje się, że postój kosztował 1350 złotych.

Jak powstaje taka kwota

Sprawę opisuje Rzeczpospolita. Rzecz działa się przy Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Poznaniu. Cennik wygląda tak: pierwsze piętnaście minut bezpłatnie, potem każde rozpoczęte trzydzieści minut kosztuje dziesięć złotych. Maksymalny czas postoju to siedemdziesiąt dwie godziny.

Dwadzieścia złotych za godzinę przez blisko trzy doby daje właśnie taki rachunek. Dla tego pacjenta była to kwota odpowiadająca prawie połowie miesięcznego wynagrodzenia. Nie miał przy sobie tyle pieniędzy, więc czekał w aucie kilka godzin, bez jedzenia i picia, a licznik przez ten czas dalej bił.

Logika, która działa wszędzie poza szpitalem

Przedstawicielka szpitala Ewa Żurowska wyjaśniła, że miejsca postojowe przeznaczone są na krótki postój, ponieważ placówka leży w centrum miasta i dysponuje ograniczoną liczbą miejsc. Reklamacje rozpatrywane są indywidualnie, a w tym przypadku dyrekcja opłatę anulowała.

Ta argumentacja jest sensowna i jednocześnie pokazuje sedno problemu. Progresywna stawka za pół godziny to standardowe narzędzie rotacji miejsc: ma zniechęcać do długiego postoju i faktycznie zniechęca. Tyle że pacjent przyjęty na oddział nie jest osobą, którą da się zniechęcić, bo nie ma żadnej możliwości zareagowania na cennik. Mechanizm zaprojektowany, by wpływać na zachowanie kierowcy, trafia w człowieka, który akurat leży pod kroplówką.

Anulowanie to nie rozwiązanie

Umorzenie opłaty po skardze jest dobrym zakończeniem tej konkretnej historii i niczym więcej. Zadziałało, bo pacjent się poskarżył. Wymagało wiedzy, że skarga ma sens, oraz determinacji, żeby ją złożyć po trzydniowym pobycie na kardiologii.

Ilu ludzi w takiej sytuacji po prostu płaci, uznając kwotę za obowiązującą, tego nie wiemy. Można jednak przypuszczać, że większość, bo tak zwykle działają rachunki wystawiane przez instytucje.

Czego brakuje

Rozwiązanie jest prostsze niż spór o wysokość stawek. Wystarczyłaby osobna, ryczałtowa taryfa dla pojazdów pacjentów hospitalizowanych, uruchamiana na podstawie potwierdzenia pobytu na oddziale. Część szpitali w Polsce takie ulgi już stosuje, ale jest to rozwiązanie fakultatywne i zależy wyłącznie od decyzji konkretnej placówki.

Przy okazji warto zapamiętać rzecz praktyczną. Jeśli trafiamy do szpitala własnym samochodem i zostajemy przyjęci na oddział, warto od razu zgłosić to w rejestracji lub poprosić bliskich o przestawienie auta. Nie dlatego, że pacjent powinien się tym martwić, tylko dlatego, że dziś system nie robi tego za niego.

Szersze tło

Parkingi przyszpitalne działają na styku dwóch porządków. Formalnie to usługa komercyjna świadczona na terenie należącym do placówki, więc szpital ma prawo ustalać cennik. Faktycznie jednak korzystają z niej ludzie, którzy nie przyjechali tam dla przyjemności.

Dopóki nie ma regulacji ogólnokrajowej, wysokość rachunku zależy od tego, do którego szpitala trafimy i czy zdobędziemy się na złożenie skargi. To znaczy, że system rozdziela koszty nie według potrzeby, tylko według zaradności pacjenta.