Za hasłem o brakach kadrowych w polskiej ochronie zdrowia kryje się codzienność, w której część lekarzy pracuje po kilkaset godzin miesięcznie. Jak opisuje Rzeczpospolita, rozmowy z medykami odsłaniają realia systemu dyżurów i wynagrodzeń.

Godziny, które trudno sobie wyobrazić

Skala obciążenia bywa ogromna. Jeden z cytowanych lekarzy rodzinnych wspomina, że przez lata nie schodził poniżej 300 godzin miesięcznie, a w rekordowym miesiącu przepracował 519 godzin. Znajomy medyk, o którym opowiada, pracuje około 350 godzin.

To wartości znacznie wykraczające poza standardowy etat. Dla porównania, jak podaje gazeta, lekarze rodzinni często pracują około 250 godzin miesięcznie, a lekarze szpitalni przeciętnie mniej więcej 200 godzin. Dopiero na tym tle widać, jak wyjątkowe, a zarazem realne są przypadki pracy po kilkaset godzin.

Ile można zarobić

Wynagrodzenia w dużym stopniu zależą od dyżurów. Sama rezydentura to około 8 tysięcy złotych na rękę, ale przy dużej liczbie dyżurów, rzędu dwunastu w miesiącu, można dodatkowo wypracować 24–25 tysięcy złotych brutto.

Stawki godzinowe różnią się w zależności od miejsca i rodzaju pracy. W dużym mieście to zwykle 110–130 złotych za godzinę, w mniejszych miejscowościach 180 złotych i więcej. Za pracę w ambulatorium bywa to około 160 złotych, w podstawowej opiece zdrowotnej 150–180 złotych, a na izbie przyjęć nawet około 250 złotych za godzinę.

Mechanizm, z którego trudno wyjść

Tytuł relacji Rzeczpospolitej dobrze oddaje sedno problemu: gdy raz wejdzie się na określony poziom życia, trudno z niego zejść. Wysokie dochody z dyżurów stają się elementem domowego budżetu, przez co rezygnacja z kolejnych nocy w szpitalu oznaczałaby realny spadek zarobków.

To napędza spiralę, w której lekarze biorą coraz więcej dyżurów, a system opiera się na ich gotowości do pracy ponad miarę. Zmęczenie i przeciążenie stają się w tym układzie stałym ryzykiem, i to zarówno dla samych medyków, jak i dla pacjentów.

Trudna debata o granicach

Obraz pracy po 300 czy 500 godzin miesięcznie powraca w dyskusji o tym, czy i jak ograniczać obciążenie lekarzy. Z jednej strony pojawia się argument o bezpieczeństwie pacjentów i samych medyków, z drugiej obawa, że zbyt sztywne limity mogłyby pogłębić braki kadrowe albo skłonić najlepszych specjalistów do przejścia do sektora prywatnego.

Jedno jest pewne: dopóki system opiera się na dyżurach jako sposobie na godne zarobki, dopóty rozmowa o granicach czasu pracy lekarzy pozostanie jednym z najtrudniejszych tematów w ochronie zdrowia.