Sezon letni w polskiej turystyce ma w statystykach kształt ostrego szczytu z jednym wyraźnym wierzchołkiem. Najnowsze dane GUS obejmujące okres od czerwca do września pokazują to bardzo dobrze.
Liczby ogólne
W tym czteromiesięcznym okresie z bazy noclegowej skorzystało 17,99 miliona gości, którym udzielono 47,95 miliona noclegów. Zestawienie referuje Rzeczpospolita.
Same hotele, jako kategoria obiektów, przyjęły 10,77 miliona gości i 21,41 miliona noclegów. Reszta przypada na inne formy zakwaterowania: pensjonaty, ośrodki wypoczynkowe, kempingi i kwatery.
Co czwarty gość hotelowy przyjechał z zagranicy. To udział wart odnotowania, bo pokazuje, że letnia turystyka w Polsce nie jest już wyłącznie sprawą wewnętrzną.
Sierpień, czyli cały sezon w pigułce
Rozkład miesięczny nie pozostawia wątpliwości. W sierpniu w obiektach noclegowych zatrzymało się 5,14 miliona gości, którym udzielono 14,55 miliona noclegów. Stopień wykorzystania miejsc wyniósł wtedy 53,1 procent.
Dla porównania czerwiec zamknął się obłożeniem na poziomie 42,9 procent, a wrzesień 40,2 procent. Różnica kilkunastu punktów procentowych między szczytem a miesiącami sąsiednimi to w praktyce cała ekonomika branży: przez cztery tygodnie sierpnia obiekty muszą zarobić na znaczną część roku.
Dwie różne mapy Polski
Najciekawsze w tych danych jest to, że ranking według liczby turystów i ranking według liczby noclegów wyglądają zupełnie inaczej.
Pod względem liczby gości prowadzi Mazowsze z 2,91 miliona turystów, przed Małopolską z 2,64 miliona i Zachodniopomorskim z 2,1 miliona. Ale gdy policzyć noclegi, na czele jest Zachodniopomorskie z 9,53 miliona, a Pomorskie notuje 6,4 miliona.
Wyjaśnienie jest proste i mówi więcej o charakterze regionów niż same liczby. Do Warszawy przyjeżdża się służbowo albo na weekend, na jedną, dwie noce. Nad Bałtyk jedzie się na tydzień albo dwa. Województwo nadmorskie przy mniejszej liczbie gości generuje więc trzykrotnie więcej noclegów niż Mazowsze.
To rozróżnienie ma konsekwencje ekonomiczne. Turysta zostający na dziesięć dni zostawia pieniądze nie tylko w hotelu, ale też w lokalnej gastronomii, transporcie i handlu. Z punktu widzenia gospodarki regionu długość pobytu bywa ważniejsza niż sama liczba przyjazdów.
Obłożenie, czyli gdzie jest granica
Najwyższe wykorzystanie miejsc odnotowano w Zachodniopomorskiem, na poziomie 55 procent, oraz w Małopolsce z wynikiem 50,9 procent.
Warto to skomentować, bo liczby te wyglądają skromniej, niż sugerowałyby obrazki z zatłoczonych plaż. Nawet w regionie najbardziej obleganym, w środku sezonu, blisko połowa miejsc noclegowych stoi pusta. Wrażenie tłoku bierze się z koncentracji: w kilku miejscowościach i w kilku weekendach jest komplet, podczas gdy w tym samym czasie kilkanaście kilometrów dalej wolnych pokoi nie brakuje.
Czego z tych danych nie wyczytamy
Zestawienie nie mówi nic o pieniądzach. Liczba noclegów to nie to samo co przychód, a rosnąca liczba gości przy rosnących kosztach energii i pracy nie musi oznaczać lepszego wyniku finansowego obiektów.
Nie obejmuje też szarej strefy najmu krótkoterminowego, która w miejscowościach wypoczynkowych bywa znacząca. Realna liczba osób nocujących w polskich kurortach jest więc niemal na pewno wyższa niż ta, którą pokazuje statystyka publiczna.



