Miejsca w radach nadzorczych spółek skarbu państwa to jedne z bardziej pożądanych stanowisk w Polsce: prestiż, wpływ i wynagrodzenie za kilka posiedzeń w roku. Właśnie dlatego zasady dostępu do nich są papierkiem lakmusowym tego, czy o obsadzie decydują kompetencje, czy koneksje.

Jak było

Dotychczas kandydat do rady musiał mieć wyższe wykształcenie, pięć lat doświadczenia zawodowego i jedną z dodatkowych kwalifikacji. Tą kwalifikacją mógł być między innymi dyplom MBA. Szczegóły zmian opisuje Rzeczpospolita.

I tu leżał problem. Dyplom MBA można było zdobyć różnymi drogami, w tym takimi, które z rzeczywistą wiedzą miały niewiele wspólnego.

Co ujawniła afera

Sprawa Collegium Humanum pokazała mechanizm w działaniu. Uczelnia wydawała dyplomy MBA w tempie ekspresowym, a wśród ich posiadaczy znaleźli się politycy. Dokument, który miał potwierdzać kwalifikacje menedżerskie, stał się przepustką omijającą trudniejszą ścieżkę, na przykład państwowy egzamin dla kandydatów do rad.

Innymi słowy, wymóg formalnie istniał, ale dało się go spełnić bez faktycznego przygotowania. Nowe przepisy próbują tę furtkę zamknąć.

Co się zmienia

Zmian jest kilka. Wymagany staż zawodowy rośnie z pięciu do siedmiu lat. Pojawia się alternatywna ścieżka: co najmniej pięć lat zarządzania dużym przedsiębiorstwem, zatrudniającym ponad 250 osób albo o przychodach przekraczających 50 milionów euro.

Kluczowa jest zmiana dotycząca dyplomów MBA. Będą uznawane tylko te z uczelni mających uprawnienia do nadawania stopnia doktora habilitowanego albo posiadających określone akredytacje. To bezpośrednie zamknięcie drogi, którą otworzyła afera.

Politycy poza radami

Osobny przepis wyklucza z rad nadzorczych posłów, senatorów, europosłów oraz osoby pełniące funkcje w samorządzie. To zmiana idąca dalej niż kwestia dyplomów, bo dotyka samej istoty sporu o te stanowiska.

Rada nadzorcza ma pilnować interesu spółki, a nie służyć jako nagroda polityczna czy kanał wpływu rządzących na zarządzanie majątkiem publicznym. Wykluczenie czynnych polityków jest próbą oddzielenia tych dwóch porządków, choć samo w sobie nie gwarantuje, że powiązania nieformalne znikną.

Czego ten projekt nie rozwiązuje

Warto zachować umiar w ocenie. Podniesienie stażu i zaostrzenie wymogów wobec dyplomów utrudnia obejście reguł, ale ich nie uszczelnia całkowicie. Doświadczenie w zarządzaniu dużą firmą też można wykazać w sposób bardziej lub mniej rzetelny, a ocena, kto jest naprawdę niezależny od polityki, pozostaje uznaniowa.

Jest też pytanie o egzekucję. Najlepsze kryteria nie działają, jeśli o obsadzie i tak decyduje nieformalne uzgodnienie, a formalne wymogi dopina się pod wybranego wcześniej kandydata. Przepisy ograniczają pole do nadużyć, ale nie zastąpią woli ich stosowania.

Kontekst

To trzeci etap zmian w systemie rad nadzorczych, po wcześniejszej macierzy kompetencji i kodeksie dobrych praktyk. Projekt, przygotowany w resorcie kierowanym przez ministra Wojciecha Balczuna, czeka na wpisanie do wykazu prac legislacyjnych rządu, więc do wejścia w życie droga jeszcze daleka.

Kierunek jest jednak jednoznaczny i sensowny. Rady nadzorcze spółek z udziałem państwa decydują o inwestycjach, kontraktach i losie tysięcy pracowników. To nie jest miejsce, w które powinno się trafiać dyplomem kupionym na skróty.