Sprawa ciągnie się od blisko trzech lat i przez ten czas pozostawała zawieszona między dwoma systemami prawnymi. Londyński sąd właśnie ją odblokował.
Decyzja
Sąd w Londynie oddalił odwołanie i orzekł, że Stuart K.-B., znany w internecie jako Stuu, może zostać wydany Polsce. Wcześniejsze rozstrzygnięcie zezwalające na ekstradycję zapadło w lutym, a najnowsza decyzja zamyka postępowanie odwoławcze. Sprawę opisuje Rzeczpospolita.
Chodzi o 34-letniego twórcę internetowego o podwójnym, brytyjskim i polskim obywatelstwie, który do Polski przeprowadził się w 2014 roku. Jego kanał obserwuje 4,1 miliona osób.
Zarzuty
Polska prokuratura zarzuca mu czyny o charakterze seksualnym na szkodę dziewcząt poniżej piętnastego roku życia, do których miało dochodzić latem 2015 roku oraz w sierpniu 2018 roku, a także rozpijanie małoletnich. Grozi za nie do dwunastu lat pozbawienia wolności.
Konieczne jest tu zastrzeżenie, które nie jest formalnością. To zarzuty, a nie ustalenia sądu. Postępowanie w Polsce się nie zakończyło, a Stuart K.-B. pozostaje osobą niewinną do czasu prawomocnego wyroku. Ekstradycja nie rozstrzyga o winie, tylko o tym, przed którym sądem sprawa będzie się toczyć.
Linia obrony
Obrona nie kwestionowała przed brytyjskim sądem samych zarzutów, lecz podnosiła argument ustrojowy. Twierdziła, że polski sędzia, który wydał europejski nakaz aresztowania, działał pod presją polityczną, ponieważ ówczesny premier zapowiadał publicznie ściganie osób powiązanych ze sprawą określaną jako Pandora Gate.
To argument, po który obrońcy w postępowaniach ekstradycyjnych z Polski sięgali w ostatnich latach regularnie, powołując się na spór o praworządność. Sąd w Londynie go nie uwzględnił, co samo w sobie jest informacją: brytyjski wymiar sprawiedliwości uznał w tej sprawie polskie gwarancje procesowe za wystarczające.
Co dalej
Zamknięcie drogi odwoławczej oznacza, że kolejnym etapem jest wykonanie ekstradycji, czyli przekazanie zatrzymanego polskim organom. Ten etap ma charakter techniczny i zwykle zajmuje od kilku tygodni do kilku miesięcy.
Potem sprawa wraca do punktu, w którym utknęła: do polskiego postępowania karnego. Dopiero tam rozstrzygnie się to, czego żaden sąd dotąd nie badał, czyli czy zarzuty znajdują potwierdzenie w materiale dowodowym.
Dlaczego to zajęło tyle czasu
Warto odnotować sam czas trwania procedury, bo mówi coś o realiach współpracy prawnej w Europie. Od wydania nakazu do prawomocnej zgody na wydanie minęły blisko trzy lata, mimo że europejski nakaz aresztowania projektowano właśnie po to, by takie sprawy załatwiać w tygodniach.
Powodem są kolejne instancje odwoławcze oraz podnoszenie argumentów systemowych, które wymagają od sądu kraju wykonania oceny stanu praworządności w kraju wydania. To ocena z natury długotrwała, a jej ubocznym skutkiem jest to, że czas płynie na niekorzyść wszystkich stron postępowania, łącznie z pokrzywdzonymi.



