Raporty Najwyższej Izby Kontroli mają to do siebie, że zwykle potwierdzają rzeczy przeczuwane. Ten akurat zawiera jedno ustalenie, przy którym trudno przejść obojętnie: Polska jest jedynym państwem Unii Europejskiej, które nie wdrożyło aktu o usługach cyfrowych.

Co kontrolowano

Izba przyjrzała się Ministerstwu Cyfryzacji i jego działaniom na rzecz ochrony dzieci przed treściami szkodliwymi, niebezpiecznymi i pornograficznymi. Kontrola objęła okres od 2020 do 2025 roku, a jej wyniki opisuje Rzeczpospolita.

Trzy liczby

Blisko 32 procent nieletnich zetknęło się w internecie z treściami o charakterze erotycznym.

Sześćdziesiąt procent dzieci poniżej piętnastego roku życia korzysta z serwisów społecznościowych, które nie są przeznaczone dla ich grupy wiekowej. To znaczy, że regulaminy określające minimalny wiek użytkownika w praktyce nie działają, bo weryfikacja sprowadza się do wpisania daty urodzenia.

I trzecia, najbardziej przygnębiająca: dzieci spędzają zaledwie jeden procent czasu w internecie na treściach edukacyjnych.

Dlaczego brak DSA ma znaczenie

Akt o usługach cyfrowych to unijne rozporządzenie zobowiązujące platformy do przeciwdziałania nielegalnym i szkodliwym treściom. Obowiązuje bezpośrednio, ale wymaga od państw ustanowienia krajowego organu oraz ścieżki skargowej dla użytkowników.

Skutek zaniechania jest konkretny: od lutego 2024 roku polscy użytkownicy nie mają mechanizmu indywidualnej skargi wobec dostawców usług cyfrowych. Rodzic, który chce zgłosić szkodliwe treści i doprowadzić do reakcji, nie ma w Polsce instytucji, do której mógłby się zwrócić z mocą sprawczą.

Ustawa wdrażająca została uchwalona w grudniu 2025 roku, ale prezydent Karol Nawrocki ją zawetował, wskazując na ryzyko cenzury administracyjnej i zbyt szerokie uprawnienia prezesa UKE. To zastrzeżenia, których nie da się z góry odrzucić: przepisy dające urzędowi wpływ na dostępność treści zawsze wymagają ostrożności. Efektem jest jednak stan, w którym nie ma ani zabezpieczeń, ani mechanizmu skargowego.

Zarzut, który wykracza poza prawo

Izba wytknęła resortowi także coś, czego nie naprawi żadna ustawa. Ministerstwo nie zbudowało trwałej współpracy z resortem edukacji, policją, Rzecznikiem Praw Dziecka ani innymi instytucjami zajmującymi się tym obszarem.

Do tego dochodzi brak systematycznej oceny skuteczności działań edukacyjnych oraz zbyt małe uwzględnienie roli rodziców. To drugie jest istotne, bo programy adresowane wyłącznie do dzieci pomijają fakt, że smartfon kupuje i konfiguruje dorosły.

Co się zmieniło po kontroli

W czerwcu tego roku rząd przyjął pakiet rozwiązań obejmujący między innymi ograniczenie używania smartfonów w szkołach podstawowych, ograniczenia w dostępie do treści pornograficznych oraz przepisy wdrażające akt o usługach cyfrowych.

Kierunek jest więc wyznaczony. Otwarte pozostaje pytanie o los tych przepisów, skoro poprzednia próba zakończyła się wetem, a zastrzeżenia dotyczące zakresu uprawnień organu regulacyjnego nie zniknęły.

Co może zrobić rodzic

Do czasu, aż system zacznie działać, pozostają narzędzia po stronie domu, i warto powiedzieć wprost, że są niedoskonałe.

Kontrola rodzicielska na poziomie systemu operacyjnego i routera odsiewa część treści, ale nie wszystkie. Ustawienie konta dziecka zgodnie z jego rzeczywistym wiekiem ogranicza część funkcji serwisów. Najskuteczniejsza pozostaje jednak rzecz najbardziej pracochłonna: rozmowa o tym, na co dziecko trafiło i co ma zrobić, gdy zobaczy coś niepokojącego.

Wniosek NIK sprowadza się do tego samego: potrzebny jest system łączący przepisy, współpracę instytucji i edukację. Na razie żaden z tych trzech elementów nie działa tak, jak powinien.