Nagłówek brzmi prowokacyjnie: polski koncern sprzedaje paliwo za granicę taniej, niż my płacimy na stacji. Brzmi jak niesprawiedliwość, ale gdy przyjrzeć się liczbom, obraz robi się dużo bardziej zniuansowany.
Skąd wzięło się porównanie
Jak podaje Rzeczpospolita, w 2025 roku Orlen sprzedał na Ukrainę ponad 2 miliardy litrów oleju napędowego o wartości około 7 miliardów złotych. To daje średnią cenę około 2,94 złotego za litr, a więc znacznie mniej niż płacimy przy dystrybutorze w Polsce.
Problem w tym, że to nie jest cena, jaką na Ukrainie płaci kierowca. To cena eksportowa netto, hurtowa, do której dopiero potem dochodzą podatki i marże.
Podatki, czyli sedno sprawy
Orlen tłumaczy różnicę wprost: cena eksportu nie obejmuje akcyzy, VAT ani innych opłat. A to właśnie one w Polsce najmocniej podbijają cenę na stacji.
Jak wynika z materiału, w Polsce podatki i opłaty stanowią od 40 do 50 procent detalicznej ceny paliwa. Składają się na to akcyza, opłata paliwowa oraz 23-procentowy VAT. W przeliczeniu to około 1,90-2,10 złotego doliczane do każdego litra. Na Ukrainie obciążenia podatkowe są niższe, bo obejmują 20-30 procent ceny, przy niższej akcyzie i 20-procentowym VAT.
To znaczy, że porównywanie polskiej ceny brutto z ukraińską ceną netto to zestawianie dwóch różnych wielkości.
Jak działa handel paliwem
Warto zrozumieć też mechanikę rynku. Cytowany w materiale ekspert Dawid Czopek zwraca uwagę, że międzynarodowe transakcje paliwowe opierają się na cenach hurtowych z rynku spot, a nie na cenach detalicznych.
W takim handlu marże są niewielkie, rzędu 1-2 procent. Zysk bierze się nie z wysokiej marży na litrze, lecz z ogromnej skali, czyli miliardów sprzedanych litrów. To normalny model działania na rynku hurtowym.
Co z tego wynika
Dla polskiego kierowcy najważniejszy jest jeden wniosek: niska cena eksportowa nie oznacza, że w Polsce ktoś sztucznie zawyża ceny na stacjach. Główna różnica bierze się z podatków, które trafiają do budżetu państwa, a nie do kieszeni koncernu.
To nie znaczy, że temat jest nieistotny. Pokazuje bowiem, jak duży udział w cenie paliwa mają w Polsce daniny publiczne. Dyskusja o cenach na stacjach to w praktyce w dużej mierze dyskusja o wysokości podatków. I to jest realny wątek, który warto oddzielić od chwytliwego, ale mylącego porównania „tańsze dla Ukrainy niż dla nas".


