W wojnie, która trwa od końca lutego, pojawił się wątek dotyczący nie samych walk, lecz tego, ile o nich wiadomo. Chodzi o rannych amerykańskich żołnierzy w Jordanii i o to, że Pentagon o nich nie informował.

Co ujawniono

„New York Times", powołując się na kilku anonimowych amerykańskich urzędników, opisał trzy ataki na amerykańską bazę w Jordanii w ciągu ostatniego tygodnia. Rannych zostało w nich kilkudziesięciu żołnierzy. Relację przytacza Rzeczpospolita.

Trzeba od razu zaznaczyć charakter tych informacji. Liczba rannych i szczegóły trzech ataków pochodzą od anonimowych źródeł, a nie z oficjalnego komunikatu. To nie znaczy, że są nieprawdziwe, ale znaczy, że nie zostały potwierdzone przez żadną instytucję występującą pod własną nazwą.

Co potwierdzone oficjalnie

Osobno stoją dane podane przez CENTCOM, amerykańskie dowództwo odpowiedzialne za region. Od rozpoczęcia konfliktu 28 lutego zginęło szesnastu amerykańskich żołnierzy, a około czterystu zostało rannych. Co najmniej dwóch zginęło w piątkowym ataku na bazę w Jordanii.

Zestawienie tych dwóch porządków pokazuje, na czym polega spór. Dane zbiorcze są publikowane. Informacje o poszczególnych zdarzeniach, w tym o tym, że w ciągu jednego tygodnia jedna baza była atakowana trzykrotnie, już nie.

Argument Pentagonu

Resort obrony nie zaprzeczył doniesieniom. Jego stanowisko sprowadza się do dwóch tez. Pierwsza: nie ma obowiązku informowania o każdym rannym żołnierzu. Druga, poważniejsza: publikowanie takich danych pomogłoby Iranowi w precyzyjnym namierzaniu celów w Jordanii i w innych miejscach regionu.

Ten drugi argument nie jest wybiegiem. Informacja o tym, że atak w konkretnym dniu spowodował straty, jest dla strony atakującej danymi zwrotnymi o celności ostrzału. W wojnie rakietowej to wiedza operacyjna o realnej wartości.

Argument po drugiej stronie

Jest jednak druga strona tego rachunku i również nie jest błaha. Amerykański rząd prowadzi wojnę, w której giną obywatele Stanów Zjednoczonych, a społeczeństwo ma prawo znać jej koszt. Wiedza o skali strat kształtuje poparcie dla działań zbrojnych, a tego poparcia w systemie demokratycznym niczym się nie zastąpi.

Historia amerykańskich konfliktów dostarcza tu ostrzeżeń. Zaniżanie albo opóźnianie informacji o stratach kończyło się zwykle kryzysem zaufania większym niż ten, którego próbowano uniknąć. Bezpieczeństwo operacyjne bywa uzasadnieniem prawdziwym i wygodnym jednocześnie, a rozróżnienie tych sytuacji z zewnątrz jest praktycznie niemożliwe.

Dlaczego to ważne także u nas

Sprawa wydaje się odległa, ale dotyczy mechanizmu obecnego w każdej wojnie, także tej za naszą wschodnią granicą. Strona atakowana ma interes w ukrywaniu skutecznych trafień, a strona atakująca w ich wyolbrzymianiu. Odbiorca dostaje w rezultacie obraz zniekształcony w obie strony.

Praktyczny wniosek jest prosty i warto go stosować niezależnie od teatru działań: sprawdzać, czy dana liczba pochodzi z oficjalnego komunikatu, czy od anonimowego źródła. To rozróżnienie mówi o wiarygodności informacji więcej niż sama jej treść.

Co dalej

Otwarte pozostaje pytanie, czy Pentagon zmieni politykę informacyjną pod presją publikacji. Doświadczenie podpowiada, że po ujawnieniu sprawy przez duży tytuł prasowy resort zwykle przechodzi do publikowania danych zbiorczych w krótszych odstępach, bez szczegółów poszczególnych zdarzeń.

To rozwiązanie kompromisowe, które częściowo zadowala obie strony sporu. I które, jak pokazuje ten tydzień, i tak nie powstrzymuje przecieków.