Dla osoby z rozpoznaniem nowotworu czas ma inną wagę niż dla systemu, który tym czasem zarządza. Ta różnica jest sednem sprawy, którą opisała „Rzeczpospolita".
Co się stało
Chora na raka piersi pacjentka otrzymała informację, że rozpoczęcie jej leczenia w ramach programu lekowego nie jest obecnie możliwe, a termin przesunięto na pierwszy kwartał 2027 roku. Sprawę relacjonuje Rzeczpospolita.
Powodem miał być brak możliwości sfinansowania kolejnych świadczeń. Centralny Szpital Kliniczny Uniwersytetu Medycznego w Łodzi odsyłał nowych pacjentów onkologicznych, tłumacząc to wyczerpaniem środków na terapie w programach lekowych.
Reakcja NFZ
Po publikacji zareagował prezes Narodowego Funduszu Zdrowia Filip Nowak. W TVP Info zapewnił, że dostęp do tych świadczeń jest gwarantowany, w Łodzi i w całej Polsce, i że konkretna pacjentka została zabezpieczona oraz otrzyma pomoc natychmiast. Dodał, że sprawa jest wyjaśniana, między innymi to, dlaczego kobieta w ogóle dostała takie pismo.
To reakcja szybka i po ludzku dobra. Warto jednak zauważyć, co ją wywołało. Nie procedura, nie kontrola wewnętrzna, lecz artykuł prasowy. Bez niego pismo o terminie na 2027 rok najpewniej pozostałoby w mocy.
Objaw, nie wyjątek
I tu dochodzimy do rzeczy istotniejszej niż jeden przypadek. Sytuacja, w której największy szpital kliniczny w regionie odsyła pacjentów onkologicznych do mniejszych placówek, jest odwróceniem normalnego porządku.
Zwykle to duże ośrodki przejmują przypadki, których mniejsze nie są w stanie poprowadzić, a nie odwrotnie. Cytowany w tekście lekarz Adam Miller wskazał właśnie na to odwrócenie: placówka, która powinna być ostatnią instancją, sama zaczyna kierować pacjentów gdzie indziej. To sygnał, że problem nie leży w jednym błędnym piśmie, lecz w finansowaniu programów lekowych.
Dlaczego to poważne
Program lekowy w onkologii to nie formalność, lecz dostęp do konkretnych, często kosztownych terapii. Gdy szpital wyczerpie przypisany limit, kolejni pacjenci trafiają na koniec kolejki, choć choroba nie czeka na zwolnienie miejsca w budżecie.
Zapewnienie prezesa NFZ, że środki są, i realia, w których szpital odsyła chorych, trudno pogodzić. Albo pieniądze są, ale nie docierają tam, gdzie trzeba, w odpowiednim czasie, albo limit w tej placówce faktycznie się wyczerpał. Wyjaśnienie tej sprzeczności jest ważniejsze niż zabezpieczenie jednej pacjentki, bo dotyczy wszystkich pozostałych.
Pytanie, które zostaje
Jest w tej historii pytanie, którego nie da się pominąć. Ilu pacjentów bez interwencji dziennikarza czeka dalej z terminem odległym o rok czy dwa, nie wiedząc, że można się odwołać, albo nie mając siły, by to zrobić w trakcie choroby.
Interwencja prasowa rozwiązała jeden przypadek i to dobrze. Ale system, w którym dostęp do leczenia raka zależy od tego, czy sprawa trafi do gazety, nie jest systemem działającym prawidłowo. Prawdziwym testem będzie nie to, czy tej pacjentce pomożono, lecz to, czy wyjaśni się i naprawi mechanizm, który wystawił jej pismo z terminem na 2027 rok.


