Bilet lotniczy to jedna z tych cen, w których większość kosztów jest ukryta. Bruksela planuje dołożyć do niej kolejny składnik: opłatę za emisje dwutlenku węgla na lotach międzynarodowych.
Na czym polega plan
Jak podaje Bankier.pl, Komisja Europejska chce rozszerzyć unijny system handlu emisjami na loty startujące z Europy i kończące się w promieniu 5 tysięcy kilometrów od jej środka. Wejście w życie zaplanowano na 2029 rok, a projekt musi jeszcze zaakceptować państwa członkowskie i Parlament Europejski.
Kryterium odległości rozstrzyga o tym, kogo zmiana dotknie. W zasięgu znajdą się popularne trasy tranzytowe do Stambułu, Dubaju i Dohy. Poza nim, bo przekraczają próg pięciu tysięcy kilometrów, pozostaną bezpośrednie loty z Europy do Stanów Zjednoczonych.
Dlaczego to ważne dla polskiego podróżnego
Ten geograficzny szczegół ma konkretne przełożenie na portfel. Wiele lotów Polaków na Bliski Wschód czy dalej odbywa się z przesiadką właśnie w Stambule, Dubaju lub Dosze, u wielkich przewoźników sieciowych. To one znalazłyby się w zasięgu nowej opłaty.
Nie wiadomo jeszcze, ile miałaby wynosić, bo materiał źródłowy kwoty nie podaje. Wiadomo natomiast, że koszt uprawnień do emisji przewoźnicy przerzucają na pasażerów, więc pojawiłby się w cenie biletu. Dla podróży na dalekie kierunki przez bliskowschodnie huby oznaczałoby to podwyżkę.
Dlaczego Ameryka się sprzeciwia
Reakcja Waszyngtonu jest wczesna i stanowcza. Rzeczniczka amerykańskiego departamentu transportu Brenna Jefferies oświadczyła, że USA są głęboko zaniepokojone wszelkimi próbami rozszerzania unijnego systemu emisji na loty międzynarodowe, i zapowiedziała odpowiednie działania w obronie amerykańskich konsumentów i firm.
To nie pierwsza taka konfrontacja. Już w 2012 roku Stany Zjednoczone zablokowały wcześniejszą próbę objęcia lotów międzynarodowych unijnym systemem. Spór wraca, bo dotyka fundamentalnej kwestii: czy jedno ugrupowanie państw może nakładać opłaty klimatyczne na ruch lotniczy wykraczający poza jego granice.
Dwa konkurujące systemy
W tle jest rywalizacja dwóch podejść do tego samego problemu. Unia forsuje własny system handlu emisjami, obejmujący obecnie loty w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Większość tras międzynarodowych podlega natomiast globalnemu mechanizmowi CORSIA, wypracowanemu w ramach Organizacji Międzynarodowego Lotnictwa Cywilnego.
Rozszerzenie unijnego ETS to w praktyce postawienie europejskiego rozwiązania ponad globalnym na trasach wychodzących z Europy. Dla Brukseli to kwestia ambicji klimatycznych, dla przeciwników, w tym USA, naruszenie zasady, że lotnictwo międzynarodowe reguluje się wspólnie, a nie jednostronnie.
Co z tego wyniknie
Do 2029 roku jest dużo czasu, a projekt musi jeszcze przejść przez unijną machinę legislacyjną i przez negocjacje z krajami trzecimi. Historia z 2012 roku pokazuje, że pod naciskiem zewnętrznym Bruksela potrafi się z takich planów wycofać albo je zawiesić.
Dla pasażera praktyczny wniosek jest na dziś prosty: to zapowiedź, a nie obowiązująca opłata, i do jej ewentualnego wejścia w życie sporo może się zmienić. Warto natomiast wiedzieć, że kierunek jest wyznaczony, a jeśli plan przetrwa, najbardziej odczują go osoby latające na dalekie kierunki przez bliskowschodnie porty przesiadkowe.



